Image Map
Jak można spędzić wakacje w Australii »
    Kontakt »
 
   Korespondencje
   Wyprawy »
Wyprawy i podróże po Australii - piesze przejście przez pustynie, podróż dookoła Australii motorem - więcej »
   Galeria »
South Australia
Adelaide »
Eyre Peninsula »
Flinders Rangers »
Kangaroo Island »
Coober Pedy »
Hotele w Adelaide »
Queensland
Brisbane »
Whitsundays »
Cairns »
Gold Coast »
Wielka Rafa Koralowa »
Mt Tamborine »
Fraser Island »
Hotele w Brisbane »
New South Wales
Sydney »
Bega »
Hotele w Sydney »
Victoria
Melbourne »
Great Ocean Road »
Port Fairy »
Philip Island »
Hotele w Melbourne »
Northern Territory
Kakadu »
Darwin »
Tennant Creek »
Hotele w Darwin »
Western Australia
Broom »
Perth »
Hotele w Perth »
Tasmania
Hobart »
Hotele w Hobart »
ACT
Canberra »
Hotele w Canberra »
Book Hostels Online Now

Flinders Ranges National Park


Flinders Ranges National Park (FRNP) jest oddalony od Adeli o ok. 410/450 km w zależności jaką trasę wybierzemy. Różni go od innych Parków Narodowych (PN) głównie to, że podstawą atrakcji są tu skały, a konkretnie ich wiek. Na powierzchnię bowiem zostały wypchnięte warstwy skalne sprzed 580-630 milionów lat.

DROGA

Aby dotrzeć na miejsce o przyzwoitej porze wstaliśmy o 5:00. W zasadzie większość ekwipunku była przygotowana, tylko mycie, pakowanie do samochodu, śniadanie i ruszamy. Po raz kolejny odkryłem niezwykłą energię jaką daje wczesne wstawanie - razem ze słońcem. Przejeżdżając przez Adelę widać było jak miasto budzi się do życia. Ulice puste, łatwo pokonujemy centrum i docieramy na północ do Gawler.

Droga bardzo porządna, po dwa pasy w obie strony. Tak jak autostrada. Prędkość maksymalna 110 km/h. Jedzie się przyjemnie wśród blasku wstającego słońca. Po 50 km zmiana i wjeżdżamy na normalną drogę dwukierunkową ze żwirowym poboczem. Prędkość maksymalna 110 km/h. No właśnie to jest to co różni się od Europy. Jeśli droga jest poza terenem zabudowanym ograniczenie jest do 110 km/h. Przy dojeździe do miasteczek lub wsi spada do 80 km/h, a po chwili do 60 lub 50 km/h w zależności od miasteczka (bliskość szkoły, odległość od chodnika, itd...). Dlatego po Australii jedzie się bardzo komfortowo. Ważnym jest też to, że np. 110 km/h zaczyna się za granicami Orroro i kończy dopiero przed Hawker - dla przykładu. Oczywiście pomiędzy są zakręty i miejsca, gdzie trzeba zwolnić. Wtedy znak informuje cię, że za chwilę będzie ostry zakręt i zaleca się prędkość 70 km/h. Jadąc wozem dobrze trzymającym się drogi możesz jednak nadal jechać 110 km/h. Zazwyczaj musiałem zwalniać, gdy zalecano 50 km/h. Zalecenie to zaczyna się od pojazdów gorzej przygotowanych do ostrych zakrętów jak duże ciężarówki z przyczepami, które aby nie wypaść z trasy muszą do owych 70 czy 50 km/h zwolnić.

 
Kolejną ciekawostką są miejsca, gdzie przez drogę przepływa rzeczka. Oczywiście zdecydowana większość rzek na tym terenie to rzeki okresowe, których jest bardzo dużo. Budowanie dużej ilości mostków byłoby mało ekonomiczne, skoro rzeka płynie tylko 2 miesiące w roku i (najczęściej) nie jest zbyt głęboka. Stąd często - szczególnie im bliżej FRNP - stosuje się rozwiązanie, że rzeka przebiega wzdłuż drogi. Miejsca takie oznaczone są znakiem FLOODWAY (jak na fotografii). Sam dół pokryty jest asfaltem by rzeka nie podmywała drogi. Oczywiście pod drogą przebiega rynna, ale w okresie intensywnego wezbrania rzeka wymaga większej przepustowości. Na samym dole (jak widać na zdjęciu) można zobaczyć jak głęboka jest woda gdy rzeczka przepływa przez jezdnię.

Ten sposób jest tu bardzo popularny i co ciekawe w większości przypadków rzeki są na tyle płytkie, że zwykłe samochody nie mają problemów z przejazdem przez takie przeszkody.

 

Kolejnym ciekawym widokiem z podróży są ruiny porzuconych domostw, tkwiące samotnie na polach. Jest ich niewiele i oddalone są o dziesiątki kilometrów. Wyglądają przy tym jak nasze zabytkowe ruiny zamków. W większości jednak nie są starsze niż 100 lat. Za zabytkowe ruiny uważa się tu domy z 1853 roku J. No proszę ileż to w Polskich miastach zabytków stoi.

 

NIE TYLKO ROSJA

Ostatnią ciekawostką z trasy jest Peterborough. No właśnie co ta nazwa przypomina? Za chwilę będzie odpowiedź. Teraz pierwsza część historii. Miasteczko to leży na skrzyżowaniu ważnych szlaków komunikacji kolejowej - coś jak Polskie Koluszki. Należy bowiem dodać, że Australijczycy poszli zacznie dalej niż Europejczycy i na swym kontynencie mają co najmniej 3 rodzaje rozstawu torów kolejowych. W Europie skromnie tylko dwa i to dzięki Rosji. Tu bardzo mądrzy i rozsądni Anglicy nie potrafili się dogadać i są 3 (o tylu słyszałem, ale może być więcej). Prawie każdy z pierwszych stanów ma swój. Stąd w miasteczku owym istniała bardzo bogata infrastruktura, która pozwalała na przeładunek lub zmianę rozstawu osi w wagonach, tak jak dziś odbywa się to na naszej granicy z Ukrainą, czy Białorusią.

Punkt informacyjny dla turystów umieszczony jest tu w starym wagonie kolejowym, bo to miasto związane jest ściśle z koleją.

Czas na drugą ciekawostkę. ... Oczywiście nazwa miasta jest łudząco podobna do Petersburga i tak właśnie jeszcze na początku zeszłego wieku miasto to się nazywało, ale od kiedy ZSRR stał się mało przyjazny dla świata zachodniego (Anglii) nazwa została "zeszlifowana" do pisowni angielskiej, a chyba głównie wymowy.

Z naszego Kościuszki też próbowali zrobić "Kosciusko", ale od 1994 piszą już "Kosciuszko" jednak nadal wymawiają "kozjasko" - ale o tym przy następnej wycieczce. 

NA MIEJSCU

Dotarliśmy do Wilpeny, czyli małego miasteczka płożonego już wewnątrz PN. Tam dowiedziałem się, że przejechaliśmy bramę wjazdową, gdzie trzeba było zapłacić opłatę za wjazd do parku. W powrotnej drodze wypatrywałem tej bramy.... nie znalazłem. Ola twierdzi, że widziała jakąś małą tabliczkę przy drodze, z informacją że należy uiścić opłatę, ale nie było żadnej budki. Zapłaciłem więc u Pani i ruszyliśmy na szlak.

Park można objechać dookoła. Wybraliśmy objazd nie zgodny z ruchem wskazówek zegara, przewidując, że Australijczycy wybiorą oczywiście przeciwny jako bardziej oczywisty i będzie luźno na drodze. I w tym zakresie się nie pomyliliśmy. Minęły nas nieliczne samochody w tym raz też Polacy.

Oczywiście drogi w parku są drogami szutrowymi o różnej jakości, co oznaczone jest specjalnymi znaczkami (poziomy trudności drogi - trudności dla samochodu nie kierowcy). Drogi tylko dla samochodów terenowych są wyraźnie oznaczone. I zapewniam, że są one naprawdę tylko dla 4WD - jak tu określa się terenówki - zwykły 2WD nie ma szans. Niektóre drogi dla 2WD są mocno wyboiste i musiałem jechać 5 km/h, bo szkoda zawieszenia. Te dla terenówek to już prawdziwy sport.

Pierwsza część drogi nie ekscytująca. Poza przepięknymi widokami. Wszystkie miejsca godne zobaczenia są bardzo dobrze oznaczone.

I tak dla przykładu znak obok informuje, że aby zobaczyć widok z wzgórza Stokes należy za 200 m skręcić. A na miejscu tym będzie:

A. Informacja, czyli samoobsługowa puszka z informatorami, gdzie można sobie go kupić wrzucając do metalowej skarbonki obok ulotek, 1 AU$. 

B. dobre miejsce do zrobienia zdjęcia  

C. ławeczka, gdzie można usiąść i np. spożyć śniadanie.




LECIWE SKAŁY

Na jednym z takich punktów znajdujemy odlaną w metalu mapę FRNP. Wszystko wygląda jak gigantyczny krater po uderzeniu ogromnego meteoru. Ale w tym przypadku sprawcą jest kto inny. Hmm.... no właśnie choć w tym klimacie zabrzmi to dziwnie, ale uczynił to lodowiec, którym swym ciężarem i ruchem wypchnął (wypiętrzył) dookoła jęzora wysokie na ok. 800 m pasma. A co najważniejsze wypchnął na powierzchnię warstwy skalne przed 630-570 milionów lat. Z czasów, gdy na Ziemi tworzyły się pierwsze formy żyjątek. To właśnie w skałach takich jak te naukowcy odnajdują pierwsze skamieniałe robaczki, które dały początek rozkwitu życia na Ziemi.

Na zdjęciu warstwy te widać jako w miarę gładką ciemno purpurową powierzchnię.

Co 100 m była tabliczka z opisem danej warstwy i jej wiekiem. Przekrój od 630 do 570 milionów lat - dość leciwe.

Jeśli czas istnienia Ziemi wyobrazimy sobie jako jeden rok, wtedy najstarsze formy życia pojawia się na początku maja, a kambr, czyli okres, z którego pochodzą oglądane skały zacznie się w listopadzie. Pierwsi ludzie zaistnieją około godziny 7 wieczorem 31 XII, a człowiek współczesny pojawi się około 5 minut przed północą. I ta świadomość jest tym co powoduje, że podchodzi się do tych skał i ze zdumieniem patrzy na niewyobrażalnie odległe czasy w dziejach naszej małej planetki.

Po południu obiad. Ale jak przygrzać spagetti, które zabraliśmy z domu?... To proste zostawia się na godzinę na tylnej półce w samochodzie w pełnym słońcu i idzie na spacer. Tak zrobiliśmy. No może z uwagi na dużą ilość (dla dwóch osób) można by jeszcze poczekać pół godziny, ale jak człowiek głodny to i letnie zje.
 

Po posiłku dalsza część trasy. Wybieramy się drogą starych skał, gdzie co 200 m ich wiek zmniejsza się o kolejne 10 milionów lat. Droga dla wszystkich samochodów, ale prędkość zmniejszam do 10 - 5 km/h bo jest bardzo wyboista - za sprawą dużej ilości kamieni (oczywiście bardzo leciwych kamieni). Czasami trzeba przeprawić się przez strumyk, bo jak pisałem mostków tu niewiele.

Trudna droga wynagradzana jest przepięknymi widokami. Zdecydowanie warto było ją wybrać, choć czasami myśleliśmy o zawróceniu w obawie o samochód.

No tak nie wspomniałem jeszcze jednej ważnej różnicy pomiędzy naszymi a tutejszymi parkami. Tu często parki zwiedza się zza kierownicy, bo jak w jeden dzień przejść prawie 300 km trasy po parku. Ale dla zamiłowanych w pieszych wycieczkach są też kilkugodzinne trasy pieszych wędrówek. Niestety w przypadku FRNP są one stosunkowo słabo oznaczone i przygotowane. Tu czekało nas rozczarowanie. Ścieżki są słabo oznaczone przez co z jednej zawróciliśmy nie widząc, dalszych oznaczeń drogi, a ponieważ to dość duży teren i zabłądzić to nic miłego wróciliśmy na parking po przejściu ponad 1 km. Pod tym względem znacznie lepiej zorganizowane były parki narodowe w Victorii, Nowej Południowej Walii, czy wspaniałe parki na Tasmanii. FRNP nie zadbał o piechurów. 

NOCLEG

Na miejsce nocnego postoju wybraliśmy parking otoczony wzgórzami. Piękny widok, przyroda i osłona przed dość silnymi wiatrami. Parking jest dodatkowo płatny. Pełna samoobsługa. Wypełnia się tabelkę: nazwa postoju; nr rejestracyjny samochodu; data; ilość osób; kwotę opłaty za noc; ilość nocy i sumę. Poczym wkłada się do przygotowanej kopertki odpowiednią kwotę. Zakleja kopertę i wrzuca do puszki. Tabelka ma samokopjującą się dodatkową stronę, którą się odrywa i zabiera ze sobą jako dowód zapłaty.

Denerwujący jest tylko fakt, że już raz zapłaciło się za wjazd do parku. Nie są to gigantyczne kwoty, ale tu 7 AU$ to 11 AU$ i robi się sporo. W czasie mojej podróży pomiędzy Sydney a Tasmanią każdy z parków nie kosztował więcej niż 10 AU$, a na Tasmanii za 33 AU$ można było wykupić karnet na wszystkie parki (14). W tym zakresie Australia Południowa (S.A.) znów musi być droższa od stanów południowo-wschodnich.

Z ciekawostek zbiorniki z wodą, a przy nich małe daszki, które w czasie deszczy zbierają wodę do tych zbiorników.

Po kolacji przymusowy spacer w poszukiwaniu zagubionego kołpaka - zakończony sukcesem - i oczekiwanie na zapadnięcie zmroku. Słońce powoli chowało się za wzgórzami za nami, a przed nami co chwilę rozbłyskała nowa gwiazdka nad wschodnim niebem. Po pół godzinie niebo usiane było już setkami gwiazd, a po godzinie wyglądało tak przecudnie, że nie dało się zasnąć. Do tego księżyc jeszcze nie wstał znad wzgórz.

Dawno nie widziałem tak bogatego w gwiazdy nieba. Piękny, doskonale widoczny Orion. Hmm.. w zimie w Polsce zawsze królował na niebie, a tu dla odmiany w lecie ;).

I tak zasnęliśmy otoczeni pradawnymi skałami sprzed pół miliarda lat, w blasku gwiazd i galaktyk, których światło może liczyło sobie nawet do 5 miliardów lat - tyle ile nasze Słonko. 

ZWIERZACZKÓW JAK NA LEKARSTWO

Po nieprzyzwoicie później pobudce (9:00) i śniadaniu, ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem mieliśmy szczęście zobaczyć dzikie strusie emu podjadające ciernistą trawę. Widzieliśmy też jednego kangura, ale zbyt szybko uciekł. Oprócz tego stada białych papug, niczym nasze duże stada gołębi lub raczej kruków. Kilka jaszczurek.

Ogólnie z tej przyrody „mocno ożywionej” w FRNP nie można spotkać zbyt wiele.

Jechaliśmy piękną drogą po szczytach wzgórz i co wzgórze roztaczał się coraz to piękniejszy widok FRNP.

Górskie szczyty były prążkowane jak tygrysy. Prążki to różne warstwy skalne widoczne bardzo dobrze z daleka. Patrząc na nie można było sobie niemal wyobrazić jak lodowiec naciska i wypycha je do góry wynosząc jak kawałek ukrojonego tortu ponad jego powierzchnię i tak pozostawiając.

Wspaniała wycieczka, zawsze musi mieć swój finał.

Powrót do Wilpena w celu przekąszenia czegoś, ale niestety nie ma tu baru, tylko sklep, więc ruszamy do Hawker (54 km). Po drodze jeszcze jedna ciekawostka. Jak pisałem budowanie mostków pod każdą okresową rzeczką byłoby bardzo nie ekonomiczne, ale są tu mostki typu oszczędne zbudowane z szyn kolejowych. Oto przykład na zdjęciu. Przejazd nie należy do najmilszych, ale gdy się jedzie 100 km/h prawie nie czuć. Może mogliby ułożyć dwa razy więcej szyn, to już w ogóle można by zacząć mówić o komforcie... J


BOSKI WIATR

Doga powrotna minęła szybko i bez przygód. No może oprócz spotkania pięknych i ogromnych orłów pożywiających się na poboczu przejechanym kangurem. Oczywiście ptaki odleciały na widok nadjeżdżającego samochodu. A...co do ptaków, to na napomknięcie zasługują papugi z czerwonym podbrzuszkiem nazywane przez nas "boski wiatr", lub jak kto woli kamikadze. Ptaki te przesiadują na środkach drogi, a zrywają się z niej gdy samochód jest naprawdę bardzo blisko. Nie pomaga trąbienie i mruganie światłami. Ale co gorsza nasze rodowite opierzone, uciekają zawsze na bok - jak najdalej od drogi. Ale nie "boski wiatr". One mają fantazję. Czasami lecą przed maską przez chwilę, czasami prosto na samochód przelatując nad dachem, tuż z boku, itd.... Generalnie znęcają się nad kierowcami jak mogą. A przypomnę, że na trasie 110 km/h, a w mieście 60 lub 50 km/h.

Za pierwszym razem papugi leciały prosto na samochód, a chwilę przed nim rozdzieliły się na boki - jak w filmie "Pelr Harbor" samoloty głównych bohaterów. Z prawej przeszła tuż obok lusterka z lewej lekko puknęła w lusterko. Zwalnianie nie wiele daje. Zastanawiałem się, czy to przejaw ataku na obcego, czy mało zaradna ucieczka, czy w końcu forma zabawy - dość ekstremalnej, bo kilka papug było rozjechanych w tych miejscach.

Drogę do Adeli jechaliśmy na zmianę co pozwalało nie czuć zmęczenia ponad 400 km trasy. Widoki jak zwykle fascynujące. Ten ogrom przestrzeni robi ogromne wrażenie. Pole jakiegoś tutejszego zboża o wysokości nie większej od 30 cm, rozciągało się na ogromnej przestrzeni wchodząc na okoliczne pagórki. Kilometrami ciągnące się ogrodzone pastwiska owiec i bydła. I ta rdzawa/czerwona ziemia przebijająca się niekiedy spod wyschniętych krzewiastych traw, które trzeszczą jak mroźny śnieg gdy się po nich stąpa. Co jakiś czas pompa wiatrowa, zbiornik na wodę i poidła dla owiec/bydła. I tak przez 350 km do Gawler, gdzie w zasadzie zaczyna się Adelajda. Jeszcze prawie godzina i wreszcie stanęliśmy przed domem. Samochód pokrywa cienka warstwa złocistego pyłu.

Oj będzie jutro co myć... będzie co wspominać....

28-29 grudnia 2004 r.

Tomek Wiliński

======================================

Wyprawa:

Adela -> Flinders Ragngers National Park

Polecana trasa:

Adela -> A20 Gawler -> A32 Saddleworth -> Burra -> Terowie -> Peterborough -> Orror -> Hawker -> Wilpena (FRNP). ok. 442 km; plus po parku ok. 150 km.

Koszty:

Benzyna za ok. 1050 km = 70 AU$ + 20 AU$ opłaty w parku = 90 AU$ (211 PLN). Resztę można zabrać z sobą.