Image Map
Jak można spędzić wakacje w Australii »
    Kontakt »
 
   Korespondencje
   Wyprawy »
Wyprawy i podróże po Australii - piesze przejście przez pustynie, podróż dookoła Australii motorem - więcej »
   Galeria »
South Australia
Adelaide »
Eyre Peninsula »
Flinders Rangers »
Kangaroo Island »
Coober Pedy »
Hotele w Adelaide »
Queensland
Brisbane »
Whitsundays »
Cairns »
Gold Coast »
Wielka Rafa Koralowa »
Mt Tamborine »
Fraser Island »
Hotele w Brisbane »
New South Wales
Sydney »
Bega »
Hotele w Sydney »
Victoria
Melbourne »
Great Ocean Road »
Port Fairy »
Philip Island »
Hotele w Melbourne »
Northern Territory
Kakadu »
Darwin »
Tennant Creek »
Hotele w Darwin »
Western Australia
Broom »
Perth »
Hotele w Perth »
Tasmania
Hobart »
Hotele w Hobart »
ACT
Canberra »
Hotele w Canberra »
Book Hostels Online Now

Wyprawa Radka - relacja bezposrednia


Odcinek 14 - opublikowany 08.07.2002. (wieczorem) - SMS ze szczytu Uluru
Wyprawa Radka - relacja bezposrednia
  Wstep
> Pomysl, poczatki, wizy, bilety
> Australia, z czym to sie je?
> Zbieranie kwitow
> Jak pokonac te trase?
> Dzien wyjazdu
> A jednak kraina Oz naprawde istnieje
> Za kolkiem, z Sydney do Bega
> SMS z Port Fairy, Jedziemy dalej
> Adelaide
> Miasteczko jak Alice Springs
> SMS ze szczytu Uluru, Dziennik z Alice
> SMS znad oceanu, Z Czerwonego Centrum do tropikalnych plaz
> SMS z drogi, brzegiem Pacyfiku w dol, Rozkosze i cuda
> SMS z punktu wyjscia,
> SMS z Frankfurtu - Europa, Europa!!
SMS z Poznania - Godzina powrotu
Juz w domu
> Zakonczenie i podsumowanie
 


Pozdrawiamy ze szczytu Uluru. Zwiedzilismy tez Kings Canyon i Kata Tjuta. Widoki bedziemy pamietac do konca zycia. I've climbed Ayers Rock!

(SMS zostal nadany o godzinie 17.54 czasu lokalnego, czyli o 10.24 czasu polskiego, rano)

Zobacz www.walkabout.com.au/locations/NTUluru.html

 

Odcinek 15 - opublikowany 10.07.2002 - Dziennik z Alice

10.07.2002

Witamy z powrotem. Powrocilismy do Alice, pisze te slowa w tej samej kafejce, co ostatnio. O 15.00 wyrusza nasz autobus, ktory powiezie nas po kolejne przygody. Wyprawa do Kings Canyon i Uluru/Kata Tjuta National Park okazala sie calkiem udana. Ale po kolei:

06.07.2002

Na autko przyszlo nam poczekac nieco dluzej, niz zakladalismy. Ktos po prostu spoznil sie z odstawieniem. Czekajac zalatwilismy formalnosci: spisanie numeru prawa jazdy (miedzynarodowego i odcisk karty kredytowej (koniecznie musi byc ta "wypukla"). Kolejny raz przecieralismy szlaki - pierwsi Polacy bioracy auto z tej wypozyczalni to wlasnie my! Zeby nie marnowac czasu zostawilismy nasze plecaki w wypozyczalni i wyskoczylismy do Woolworth'sa na zakupy.

Nabylismy zapasy na kolejne 3 dni, wode, soki, owoce, chleb, ser itd. Justyna zostala przy sklepie, ja poszedlem po auto. Juz czekala na nas malutka Toyota Starlet, tym razem z manualna skrzynia biegow. Autko nie pierwszej mlodosci, ale jak sie okazalo calkiem dziarskie.

Zapakowalismy sie przy sklepie i w droge. Przy poczcie jeszcze wrzut kartek do rodzinki i
jestesmy wolni. Stuart Hwy pojechalismy na poludnie. Przed nami bylo jakies
400 km do King's Canyon.

Tradycyjnie juz przy drodze zatrzymalismy sie na lunch, smakowalo niezle w cieplutkich promieniach slonca. Chwile pozniej okazalo sie, ze te promienie sa bardzo cieplutkie, cale szczescie w Toyocie byla klimatyzacja.

Droga do najwiekszych atrakcji turystycznych Australii jest piekna: rowna, gladka, doskonale omalowana pasami. Jedzie sie bardzo plynnie, tym bardziej, ze jest naprawde pusto, czasami
przez pol godziny nie spotyka sie zadnego auta. Po ok. 100 km zniknely ostatnie stacje radiowe, cisza w eterze. Wokol busz, po horyzont plaska przestrzen z niewielkimi krzakami i drzewkami wyrastajacymi z ceglasto-czerwonej ziemi. Gdzieniegdzie trawa byla wypalona, drzewka osmolone, taki bardzo pustynny krajobraz.

Powoli zaczelo zmierzchac (bylo ok. 17.30!), postanowilismy poszukac bazy na nocleg. Nie chcialem za dlugo jechac po ciemku, bo kilkakrotnie natknelismy sie przy drodze na kangurze zwloki, ofiary kontaktu z pojazdami. Do tej pory wprawdzie widzielismy kangura na wolnosci tylko 2 razy, z daleka przemykajace gdzies po wzgorzach, ale nie chcialem teraz nawiazywac z nimi bezposredniego kontaktu.

Jednak te stwory nie zrezygnowaly ze spotkania z nami. Nagle z rowu przy poboczu wyskoczyla (doslownie) na szose cala kangurza rodzinka: 3 sztuki, dwie duze i maluch. Na szczescie przeciwny pas byl pusty, odbilem w prawo i udalo sie je ominac. Pozniej jeszcze kilkakrotnie widzielismy w oddali kangury przeskakujace majestatycznie przez droge. Uwazajcie, zwierzaki!

Dojechalismy do Kings Creek Station, polozonej ok. 30 km od kanionu stacji benzynowej, z obowiazkowa hodowla wielbladow, pubem i kampingiem.

Zatankowalismy samochod (skandal, paliwo po 1,2 A$!). W ramach oszczednosci postanowilismy spac w aucie na parkingu, zjedlismy kolacje i szykowalismy sie do spoczynku. Poszedlem do sklepiku przy stacji po piwo, a tu niemila niespodzianka. Mila pani zapytala, czy jestesmy goscmi kampingu, jezeli nie to nie moze sprzedac mi piwa - takie przepisy (w ogole z alkoholem w Australii jest ciezko, nie sprzedaje sie go sklepach czy marketach, a tylko w specjalnych "Bottle Shop'ach", ktore nie zawsze latwo znalezc - taka polityka). Nie chcielismy zostawac na kampingu, pojechalismy wiec dalej. Noc spedzilismy na przydroznym parkingu, pod niebem tak roziskrzonym gwiazdami, jak jeszcze nigdy nie widzialem. Chyba z powodu czystszego powietrza gwiazd zdaje sie byc na niebie wiecej niz u nas - milardy duzych, a pomiedzy nimi pyl swiecacych drobinek. Chyba tez na niebie rozposciera sie Droga Mleczna (nie wiem, z astronomii jestem surowy), tak to przynajmniej wyglada. Ksiezyc tez wyglada inaczej, wlasnie byl now, ale poza swiecacym "rogalem" bylo widac takze reszte tarczy, delikatnie podswietlona. Noc byla bardzo zimna, chyba nawet ponizej zera. Przetrwalismy.

07.07.

Pobudka o 6.00, trzeba przciez zdazyc na wschod slonca nad kanionem. Na parking przy poczatku szlaku dojezdzamy jako pierwsi, za nami autobusy Greyhounda (wycieczka, o ktorej pisalem, za 251 A$), male busiki, auta osobowe. Wszyscy jak jeden maz ruszaja w gore. Przyklejamy sie do jakiejs z wycieczek i sluchamy opowiesci o kanionie, jest przerazliwie zimno.

Za chwile jednak nagroda, wszystko ozywa, slonce oswietla szczyty gor, jest przepieknie. Szlakiem ruszamy przez gory. Podoba mi sie sposob oznakowania, tylko gdzieniegdzie dyskretne strzalki, zadnych ulatwien, droga pozostawiaona tak, jak natura ja stworzyla. Co chwile stajemy, zeby popstrykac, jest co! Ostre krawedzie kanionu, w dole drzewa i palmy, skaly jakby utworzone z kolejno nalozonych warstw, jak tort, a wszystko rudo-czerwono-miedziane. Cud natury.

W miejscach, gdzie juz naprawde nie bylo przejscia, ustawiono kladki i schody z ciemnego drewna, pieknie komponujace sie z widokami, chyba jakis plastyk maczal w tym palce.

Trafiamy tez do "Garden of Eden" malutkiego jeziorka posrod pionowych skal, z bujna roslinnoscia i mnostwem ptakow, tam jemy sniadanie.

Przejscie calej trasy zajmuje nam 4 godziny, jestesmy niezle zasapani, gdy docieramy z powrotem na parking, ale chetnie powtorzylibysmy ten szlak. Tylko, ze Uluru czeka! Ruszamy.

Po drodze, jakies 100 km przed Yulara - miasteczkiem specjalnie stworzonym do obslugi turystow - wzrok przyciaga wielka, plaska gora, ludzaco podobna do Uluru, przynajmniej z daleka. Ale cos nie gra, jest jeszcze za daleko, by bylo tak dokladnie widac. Uluru nie jest az
takie wielkie. Sprawdzamy na mapie, to Mt Conner, dwa razy wieksza od Uluru
gora, ale chyba 100 razy mniej znana.

Na parkingu z widokiem na Mt Conner jemy lunch. Podjezdzaja mlodzi Niemcy, ktorych przedtem spotkalismy w Kings Creek Station (w ogole co chwile spotyka sie tu znajomych z widzenia, z Ghana, ze schroniska - wszyscy jada tym samym szlakiem). Prosza o
zdjecie z Uluru, kiedy wyjasniamy, ze to inna gora, pekaja ze smiechu. Ale bylby obciach, gdybysmy pokazali komus to zdjecie i okazalo sie, ze to nie to. Jada dalej.

My jeszcze chwile marudzimy, podchodzi jakis facet i pyta, czy jedziemy do Uluru. Gdy potwierdzam, wrecza mi dwa bilety i mowi: "Sluchaj, te bilety sa wazne do jutra do wieczora, my juz ich nie wykorzystamy, wez i wejdz za nas. Nazywam sie Pearson, takie nazwiska sa na biletach. Mozecie ich uzywac." Zaskoczony biore bilety i dziekuje, krotka narada w samochodzie, co robic. Mamy troche skrupuly, czy mozna tak zrobic, ale w koncu dochodzimy do wniosku, ze przeciez gosc za te bilety zaplacil (16,50 A$ za billet na 3 dni), nie ukradl. Wejdziemy za niego, park na nas nie zyska, ale tez nie straci.

Jedziemy. Jest juz popoludnie, gdy docieramy do parku. Podziwiamy Uluru, z daleka majaczy tez masyw Kata Tjuta. Zwiedzamy centrum Aborygenow, ze sklepikami, kawiarnia i malym muzeum. Co ciekawe, nie ma tam Aborygenow, wszystkie pracujace tam osoby to biali. W planie na dzis mamy jeszcze podziwianie zachodu slonca, jedziemy na specjalnie oznakowany parking, by zajac najdogodniejsze pozycje. Panuje atmosfera wielkiego pikniku, ludzie poruszajacy sie wielkimi campervanami powyciagali krzeselka, stoliki, pija piwo i drinki.

Wielka, swieta gora Uluru (czy Ayers Rock) tkwi przed nami, jak wielka wyspa na plaskim po horyzont buszu. Wydaje sie nieprawdopodobne, skad ona sie tam wziela. Chyba przychyle sie do teorii, ze spadla z kosmosu, ona jest po prostu wbita w ziemie, bez zadnych zboczy, stokow, kamien spotyka sie z ziemia. Jest jeszcze oswietlona sloncem, ale juz po chwili zaczyna sie wielki spektakl. Poczatkowo nie rozumiemy, na czym polega fenomen tej gory, ale po chwili z tysiecy piersi ludzi na parkingu (nie przesadzam, parking jest dlugi na jakies 400 m, samochodow ubitych jest tam chyba z 500) slychac westchnienie zachwytu, poparte trzaskiem aparatow fotograficznych.

Z kazda chwila gora zmienia kolor, na dodatek nie czesciowo tylko cala na raz, jakby byla podswietlana od srodka. W pewnej chwili kulminacja - skala nabiera intensywnie czerwonej barwy, jak rozrzazony wegielek w ognisku, wydaje sie, ze za chwile splonie. A ona juz
tylko przygasa, przez pomarancz, ciemna czerwien nabiera brunatnej barwy i kurtyna zapada do nastepnego wieczora. I choc ten spektakl wydaje sie mocno skomercjalizowany - wszedzie na pocztowkach te same zdjecia, tlumy ludzi jak sroki wgapiajace sie w gnat - to jednak jestesmy szczesliwi, ze moglismy to zobaczyc, jeden z widokow, jakich sie nie zapomina.

W sznurku samochodow opuszczamy park. Krotka wizyta w Yulara, oczywiscie Bottle Shop ukryty gdzies pewnie w krzakach. Na pocieszenie kupujemy czekolade i wyjezdzamy za miasto. Na parkingu, 25 km przed Yulara, w towarzystwie kilku innych samochodow spedzamy kolejna noc pod gwiazdami.

08.07.2002

Powtarzamy scenariusz z dnia poprzedniego - pobudka o 6.00, jazda do parku, tym razem by obejrzec jak swieta gora Uluru budzi sie do zycia. Jest chyba jeszcze zimniej, niz wczoraj, z ust buchaja kleby pary. Mnostwo ludzi tloczy sie na parkingu oznaczonym jako "Sunrise viewing area".

Czekamy na pierwsze promienie slonca, nie tylko, by zobaczyc nowe barwy skaly, lecz tez by sie ogrzac. Tez jest pieknie, ale juz nie robi takiego wrazenia.

Po zakonczonym przedstawieniu jedziemy najpierw do Kata Tjuta czyli The Olgas. Potezne bloki - czy moze raczej kule - skalne robia wrazenie, sa w koncu wieksze niz Uluru. Najpierw jednak
sniadanko na picknik area (doskonale to wszystko urzadzone), pozniej spacer krociutki do Olgas Gorge, niewielkiej, lecz pieknej przeleczy. Tu razi mnie troche system ulatwien, mostki, plotki, calkiem moim zdaniem niepotrzebne, psujace widok. Ale tak musi byc.

W przewodniku znalezlismy opis drugiej trasy wokol Kata Tjuta, jak bylo
napisane "dlugiej na 7 km ale nieforsownej". Oj, jakbym kopnal w d...  autora tych slow! Przeszlismy caly ten szlak, piekny i malowniczy, ale nawet dla nas, mlodych i sprawnych, dosc ciezki. Szlismy nim 2,5 godz. Podziwiajac okraglosci Olgi, przedzierajac sie przez zarosla
i wspinajac pod strome urwiska. Naprawde nie bylo latwo. Sytuacje ratowaly punkty odpoczynku, z lawkami i daszkiem, ktory spelnial dwie role: chronil
przd sloncem i zbieral deszczowke do zbiornika z kranikiem, opisanego jako
"Drinking water". Nawiasem mowiac, woda ta jest bardzo smaczna, ale wyobrazacie sobie nasza deszczowke?!?

Zmordowani jak psy wrocilismy na parking. Pora na posilek, przeciez jeszcze czekala na nas wspinaczka na Uluru. Dojechalismy tam ok. 15.

Aborygeni prosza, by sie nie wspinac na ich swieta gore, poniewaz czuja sie odpowiedzialni za kazda osobe, ktorej stanie sie krzywda podczas wspinaczki. Postanowilismy zachowac szczegolna ostroznosc, by nie zasmucic tubylcow i ruszylismy pod gore. Stromizna okazala sie nie do pokonania dla Justyny. Gdy po wejsciu kilkudziesieciu krokow obejrzala sie za siebie,
zamarla. Postanowila zawrocic, ja wspinalem sie dalej. Wspomagajac sie lancuchami zamocowanymi dla bezpieczenstwa dotarlem do punktu, gdzie patrzac z ziemi, powinien znajdowac sie szczyt. Ale gdzie tam! Okazalo sie, ze to dopiero polowa drogi! Co tam, ide dalej, bylo strasznie ciezko.

Mokrzutenki od potu pokonalem jednak kolejne przeszkody i wreszcie jestem. Fantastyczny widok, wokol plaski teren, doskonale widac The Olgas i Mt Conner. Na samym szczycie zamontowana jest roza wietrow, ktora wskazuje odleglosci do roznych widocznych wzniesien - Mt Conner jest w odleglosci 89 km w linii prostej.

Schodzenie bylo latwiejsze, wystarczylo na najwiekszej stromiznie uczepic sie lancuchow. Zmordowany padlem na lawke.

Poszlismy jeszcze wytyczonym szlakiem Mala Walk, by obejrzec aborygenskie malowidla naskalne. Moze uznacie mnie za profana, ale nie zrobily na mnie najmniejszego wrazenia. Po prostu bohomazy, jakby narysowane przez dzieci z przedszkola, chyba nie rozumiem sztuki, nawet tej prymitywnej. Coz?

Opuszczajac park minelismy parking zapchany znowu setkami osob czekajacymi na zachod slonca, na powtarzajacy sie codziennie spektakl. Nie zatrzymujac sie pojechalismy w kierunku Alice Springs. Zmrok dopadl nas w godzine pozniej, a poniewaz uznalismy, ze dwie noce w samochodzie to wartosc graniczna, wynajelismy cabin w zajezdzie Curtin Springs (45 A$).

W pubie, zapyzialym i prymitywnym wypilismy herbate i piwo, prysznic i spac. Nareszcie cieplo, cabin byla wyposazona w klimatyzator z nagrzewnica, ryczal troche, ale tloczyl ciepelko. Wysmienicie!

09.07.2002

Dojechalismy do Alice, samochod musielismy oddac do 13. Zawiezlismy bagaze do Melanka Hostel (juz przed wyjazdem do Uluru zamowilismy nocleg, 48 A$) i pojechalem umyc auto.

Wyczyszczonym samochodzikiem jechalem do wypozyczalni, gdy nagle rozpedzony Holden za mna sprawil, ze wyprawa zakonczyla sie fatalnie. Gdy zwolnilem, bo auto przede mna skrecalo w prawo, cala masa polciezarowki za mna wbila sie w tyl mojej Toyotki, masakrujac zderzak i tylna klape. Przepchniety przelecialem przez skrzyzowanie, na szczescie juz bezkolizyjnie.

Toyota wygladala nie za ciekawie, ten Holden zreszta tez. Pojechalismy razem do wypozyczalni
zglosic wypadek, pare formularzy tylko po angielsku, stanowilo to spore wyzwanie, pozniej wizyta na posterunku policji. Tu po zgloszeniu wypadku, otrzymuje sie numer sprawy, ktory potrzebny jest do ubiegania sie o odszkodowanie (to na wypadek, gdyby komus sie takie cos przydarzylo, tfu, tfu).

Wypozyczajac auto, zdecydowalem sie zaplacic dodatkowe ubezpieczenie (10 A$ dziennie), ktore znosilo moja odpowiedzialnosc za wypadki do 500 A$. I cale szczescie, ze tak zrobilem, w przeciwnym razie musialbym odpowiadac do 3000 A$. Okazalo sie bowiem, ze wypozyczalnia zablokuje na mojej karcie te kwote, pomimo, ze wypadek byl spowodowany przez kogo innego. Dopiero, gdy otrzymaja zwrot z ubezpieczalni, 500 A$ trafi na moje konto nie predzej niz za miesiac. Wykupujcie ubezpieczenia - to moja rada na dzis.

Pozniej krotka wizyta na dworcu autobusowym - kupilismy na jutro bilety na Greyhounda do Cairns (334 A$ za os. Ze znizka dzieki YHA/PTSM), jedziemy sie wygrzac! Podroz potrwa ponad dobe, przerwiemy ja na jeden dzien w Townsville.

Na oslode poszlismy zwiedzic stacje latajacych doktorow "Royal Flying Doctor Service (5,50 A$/os..), swietna sprawa. Najpierw 10 min. film, potem zwiedzanie stacji i museum. Bardzo efektowne. Znuzeni przygodami padlismy jak kawki ok. 20, przed nami dluuuuuga podroz.

 

List od czytelniczki z dnia 08.07.2002  (opublikowany za Jej zgoda)

 

Witam pieknie,

Przeczytalam wszystkie Wasze notatki - relacje "od dechy do dechy". Po prostu boskie.
Bylam w Australii na przelomie kwietnia i maja 2002 roku, i do tej pory jestem pod wrazeniem tego kontynentu, ludzi ktorzy tam mieszkaja. Zanim jednak wyjechalam przezywalam dokladnie to samo co Wy, a wiec papiery, bilety i ... "studiowanie" Australii, wszedzie, gdzie tylko sie dalo.

Byla to moja podroz zycia. I nie ma w tym zadnej przesady. Absolutnie. Cos wspanialego, cos pieknego. Zycze Wam duzo radosci i zadowolenia z tej wyprawy.

Pozdrawiam serdecznie

Maria

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16