Image Map
Jak można spędzić wakacje w Australii »
    Kontakt »
 
   Korespondencje
   Wyprawy »
Wyprawy i podróże po Australii - piesze przejście przez pustynie, podróż dookoła Australii motorem - więcej »
   Galeria »
South Australia
Adelaide »
Eyre Peninsula »
Flinders Rangers »
Kangaroo Island »
Coober Pedy »
Hotele w Adelaide »
Queensland
Brisbane »
Whitsundays »
Cairns »
Gold Coast »
Wielka Rafa Koralowa »
Mt Tamborine »
Fraser Island »
Hotele w Brisbane »
New South Wales
Sydney »
Bega »
Hotele w Sydney »
Victoria
Melbourne »
Great Ocean Road »
Port Fairy »
Philip Island »
Hotele w Melbourne »
Northern Territory
Kakadu »
Darwin »
Tennant Creek »
Hotele w Darwin »
Western Australia
Broom »
Perth »
Hotele w Perth »
Tasmania
Hobart »
Hotele w Hobart »
ACT
Canberra »
Hotele w Canberra »
Book Hostels Online Now

Wyprawa Radka - relacja bezposrednia


Odcinek 16 - opublikowany 13.07.2002 - SMS znad oceanu
Wyprawa Radka - relacja bezposrednia
  Wstep
> Pomysl, poczatki, wizy, bilety
> Australia, z czym to sie je?
> Zbieranie kwitow
> Jak pokonac te trase?
> Dzien wyjazdu
> A jednak kraina Oz naprawde istnieje
> Za kolkiem, z Sydney do Bega
> SMS z Port Fairy, Jedziemy dalej
> Adelaide
> Miasteczko jak Alice Springs
> SMS ze szczytu Uluru, Dziennik z Alice
> SMS znad oceanu, Z Czerwonego Centrum do tropikalnych plaz
> SMS z drogi, brzegiem Pacyfiku w dol, Rozkosze i cuda
> SMS z punktu wyjscia,
> SMS z Frankfurtu - Europa, Europa!!
SMS z Poznania - Godzina powrotu
Juz w domu
> Zakonczenie i podsumowanie
 


Czesc, jestesmy w Clifton Beach, 20 km na polnoc od Cairns. Wynajelismy cabin (domek campingowy), warunki rewelacja. 300 m do plazy, woda w oceanie ciepla. W planach Kuranda i snorkelling (pletwonurkowanie) na rafie. Po wypoczynku ruszamy na Fraser Island. Na razie!

 

Odcinek 17 - opublikowany 15.07.2002 - Z Czerwonego Centrum do tropikalnych plaz

10.07.2002

No to ruszamy. Z pelnymi plecakami ledwo doczolgalismy sie na dworzec Greyhounda (albo rownie dobrze, McCafferty's, obie te firmy jezdza razem). Jest juz pare osob, czekaja na ten sam autobus. Widac po przywieszkach na bagazach. Po check-in przy kontuarze obslugi dostaje sie takie wlasnie zawieszki, z nazwa miasta docelowego, by uniknac pomylenia
trasy bagazu.

Ok. 14.30 podjezdza wielki "coach" z firmy McCafferty's wlasnie. Ladujemy nasze bagaze do komory pod autobusem i zajmujemy miejsca. Przekroj podroznych, tak jak w Ghanie, pelen. Od nam podobnych wedrowcow z plecakami, przez nobliwe malzenstwo, kilku samotnikow, po stara Aborygenke z olbrzymia siatka pelna nie wiadomo czego.

Autobus rusza punktualnie. Jest przyjemnie, miejsca na nogi dosyc (wiecej niz w autobusie, ktorym jechalismy do Frankfurtu). Po kilkunastu kilometrach jeden z dwoch kierowcow wlacza film na video, jakas komedia o bejsbolistach, z braku laku zerkamy. Co paredziesiat kilometrow autobus zatrzymuje sie na stacjach benzynowych lub skrzyzowaniach; kierowcy dostarczaja poczte do skrzynek i produkty spozywcze do sklepow. Wlasnie na stacji Shella, gdzies w miejscu chyba bez nazwy, pozostawili pare ogromnych pudel z napisem  "Alice Springs Bakery" - swiezy chlebek dla farmerow.

Jadac, obserwujemy grupy Aborygenow wystajacych przy drodze w oczekiwaniu na im tylko znane zdarzenia. Przejazd autobusu wzbudza w nich wyrazny entuzjazm, moze czekaja na swoich. Wyglada to jednak dosyc przygnebiajaco, ludzie ci sa brudni i obszarpani, stanowia wyrazny kontrast na tle dostatnio odzianych i zadbanych bialych wspolziomkow.

Powoli zapada zmrok, jak powiedzial kierowca przez system naglasniajacy: "Slonce zachodzi, kangury wychodza na drogi". Niestety to prawda, co rusz przy drodze widac zmasakrowane kangurze zwloki. Coz, prawo buszu!

W zupelnych ciemnosciach dojezdzamy do Tennant Creek. To pierwsza stacja przesiadkowa. Autobus, ktorym podrozujemy, jedzie prosto do Townsville, nie musimy sie o nic troszczyc, wyprostujemy tylko nogi i jedziemy dalej.

Podrozni zmierzajacy do Darwin, opuszczaja pojazd, ich bagaze rowniez. Niemal zaraz po naszym, na malutki terminal wtaczaja sie jeszcze dwa autobusy: jeden z Townsville do Darwin, do ktorego przesiadaja sie pasazerowie z naszego autobusu i drugi z Darwin, ktory przywiozl chetnych do podrozy na wschodnie wybrzeze.

Podobnie jak na terminalach samolotowych, nie trzeba sie zajmowac bagazem, obsluga przeladowuje go do odpowiednich pojazdow.

Okazuje sie, ze w autobusie zostaje nas tylko kilkanascioro. Reszta pasazerow podazyla na polnoc. Jest to nam bardzo na reke, mozna sie "rozwalic" na podwojnych siedzeniach, tym bardziej, ze nastepny postoj dopiero o 6.00 rano w Mt Isa. Kierowcy zycza dobrej nocy, wiec -  Dobranoc.

11.07.2002

O 6.00 pobudka, jestesmy w Mt Isa. Wysiadamy przy zajezdzie, kierowcy przyjada po nas za pol godziny, a sami jada przeladowac towary do Brisbane, niezle to wszystko zorganizowane. Jemy sniadanko (5 A$ za osobe, tostow i kawy do oporu) i dalej w droge.

Dosiadaja sie kolejne osoby po drodze, robi sie ciasno, co jakis czas przerwy na siusiu (chociaz w autobusie jest toaleta, to tak w niej trzesie, ze lepiej nie ryzykowac). I tak do wieczora.

Dupska nas juz porzadnie rozbolaly, gdy po 28 godzinach docieramy do Townsville. Przerwa.
Mila niespodzianka, nie musimy sie nigdzie wloczyc z plecakami, na samym dworcu autobusowym - bardzo czystym i przyjemnym zreszta - jest schronisko YHA. Za 16 A$ od osoby (+ 10 A$ depozytu za klucz, tak jest prawie wszedzie) dostajemy miejsca w pokoju 6-osobowym, te jedna noc przezyjemy. W srodku szok - schronisko jest sterylnie czyste, nowoczesne, pieknie urzadzone, az sie wierzyc nie chce, gdy przywola sie przed oczy otoczenie polskich dworcow!

Jest juz ciemno, po 19.00. Kapiel i wyskakujemy na miasto. Wyobrazcie sobie, jest bardzo cieplo, w nocy! Przyzwyczajeni, ze po zapadnieciu zmroku robi sie przerazliwie zimno, nie mozemy sie nacieszyc. Recepcjonista w schronisku pokazuje nam, jak dotrzec do niedrogich knajpek. I rzeczywiscie, za necale 30 A$ pozeramy dwie wielkie, pyszne pizze i zapijamy to litrem wina. Spi sie po tym wysmienicie.

12.07. 2002

Wynosimy sie ze schroniska. Autobus do Cairns mamy o 15.00, ale juz rano robimy check-in, dzieki czemu pozbywamy sie plecakow. Sa tak ciezkie, ze moj przekracza norme - 20 kg. Na szczescie nie musze robic doplaty - konczy sie na nalepce HEAVY!

Zwiedzamy Townsville, jest bardzo cieplo i slonecznie, miasto piekne w palmach i innej zieleni. Czuc tropik, dzungle i ocean. Z bezplatnych gazetek dla "plecakowcow" mamy pare adresow i telefonow do roznych kwater w Cairns. Najbardziej usmiecha sie nam np. cabin na polu caravaningowym, troche jestesmy juz za starzy na bratanie sie z nastolatkami w schroniskach. Przez telefon (nr bezplatny 1800 8230) rezerwujemy cabin na polu w Clifton Beach (288 A$ za 7 nocy), modlac sie by nie byla to jakas "kicha", nigdy przeciez nie wiadomo. Cena atrakcyjna, 2-osobowe pokoje w schroniskach w Cairns kosztowaly tyle samo, tzn. 40 A$ za noc.

O 15.00 ladujemy sie do autobusu. Pare znajomych z podrozy z Alice twarzy. Znowu film, znowu bol w kosci ogonowej, ile do diabla mozna siedziec!?

Dzielnie jednak znosimy te 5 godzin i po 20.00 jestesmy w Cairns. Musimy sie teraz przemiescic na przystanki autobusow lokalnych - informuje nas o tym mily gosciu z Greyhounda, jak krolika z rekawa wyciaga plan miasta (tu wszedzie maja darmowe plany - rewelacja), rysuje szlak. Na szczescie to tylko pare ulic. Po drodze nasz wierny Woolworths, robimy zakupy na sniadanie. Autobusem firmy SUNBUS, za 5,95 A$ od lebka jedziemy do Clifton Beach, kierowca tak zasuwa, ze pokonujemy droge w 20 min. (wg rozkladu 35!).

Cabin juz czeka, jest FANTASTYCZNA! Pelne wyposazenie, kuchnia, TV, klima, basen, zyc nie umierac! Mila osloda konca dnia. Obsluga tez milutka (jak tu wszedzie), padamy do lozka.

13.07.2002

Jest goraco! Naprawde goraco! Caly Caravan Park w palmach, czuc powiew egzotyki, nad glowami lataja papugi, skrzecza strasznie. Jedziemy busem na zakupy do pobliskiego centrum handlowego, po wszystko, co bedzie nam potrzebne przez najblizsze pare dni, w tym pyszne wino w 5-litrowym, tzw. casku (karton z workiem w srodku, z kranikiem). To ponoc najlepszy kompromis miedzy jakoscia wina, a jego cena (to wiem od Stana, szefa tej witryny, sprawdzalismy to wspolnie :) ).

Po poludniu plaza, piekna, z palmami, jak na pocztowkach. Ocean cieplutki. Przyda nam sie te pare dni odpoczynku, dotychczasowe tempo, jakie sobie narzucilismy, kazda noc w innym miejscu, troche nas zmeczyly. Nie bedziemy jednak sie tak calkiem lenic, we wtorek rano plyniemy statkiem na rafe, na snorkelling (nurkowanie z maska i fajka) a w czwartek do Kurandy. W jedna strone zabytkowym pociagiem, z powrotem kolejka linowa nad dzungla. Przy okazji obejrzymy pokazy w wykonaniu zaespolu Aborygenow, opowiadajacych o historii swojego narodu. Zapowiada sie ciekawie.

W piatek, 19.07. jedziemy autobusem do Maryborough, stamtad na Fraser Island, pozniej juz tylko Sydney i do domu. Szkoda, tyle jeszcze jest tu do zobaczenia.

 

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16