Image Map
Jak można spędzić wakacje w Australii »
    Kontakt »
 
   Korespondencje
   Wyprawy »
Wyprawy i podróże po Australii - piesze przejście przez pustynie, podróż dookoła Australii motorem - więcej »
   Galeria »
South Australia
Adelaide »
Eyre Peninsula »
Flinders Rangers »
Kangaroo Island »
Coober Pedy »
Hotele w Adelaide »
Queensland
Brisbane »
Whitsundays »
Cairns »
Gold Coast »
Wielka Rafa Koralowa »
Mt Tamborine »
Fraser Island »
Hotele w Brisbane »
New South Wales
Sydney »
Bega »
Hotele w Sydney »
Victoria
Melbourne »
Great Ocean Road »
Port Fairy »
Philip Island »
Hotele w Melbourne »
Northern Territory
Kakadu »
Darwin »
Tennant Creek »
Hotele w Darwin »
Western Australia
Broom »
Perth »
Hotele w Perth »
Tasmania
Hobart »
Hotele w Hobart »
ACT
Canberra »
Hotele w Canberra »
Book Hostels Online Now

Wyprawa Radka - relacja bezposrednia


Odcinek 22 - opublikowany 25.07.2002 (wieczorem) - SMS z Singapuru, droga powrotna
Wyprawa Radka - relacja bezposrednia
  Wstep
> Pomysl, poczatki, wizy, bilety
> Australia, z czym to sie je?
> Zbieranie kwitow
> Jak pokonac te trase?
> Dzien wyjazdu
> A jednak kraina Oz naprawde istnieje
> Za kolkiem, z Sydney do Bega
> SMS z Port Fairy, Jedziemy dalej
> Adelaide
> Miasteczko jak Alice Springs
> SMS ze szczytu Uluru, Dziennik z Alice
> SMS znad oceanu, Z Czerwonego Centrum do tropikalnych plaz
> SMS z drogi, brzegiem Pacyfiku w dol, Rozkosze i cuda
> SMS z punktu wyjscia,
> SMS z Frankfurtu - Europa, Europa!!
SMS z Poznania - Godzina powrotu
Juz w domu
> Zakonczenie i podsumowanie
 


Jestesmy w Singapurze.Wszystko OK. Przed nami 12 godzin lotu do Frankfurtu. Do zobaczenia.



Odcinek 23 - opublikowany 26.07.2002 - SMS z Frankfurtu - Europa, Europa!!


Do Frankfurtu dolecielismy z malym spoznieniem. Jest zimno i pada. Co to za lato?! Wole zime w Australii!

Autobus o 15.30. Na razie.


Odcinek 24 - opublikowany 27.07.2002 - SMS z Poznania - Godzina powrotu

Koniec podrozy. Jestesmy w domu. Wszystko OK. Idziemy spac.

Ten SMS nadszedl punktualnie o godzinie 7.00 rano, czasu polskiego, czyli wszystko poszlo zgodnie z ulozonym ponad 2 miesiace temu planem.

Odcinek 25 - opublikowany 30.07.2002 - Juz w domu

29.07.2002

Nie moge uwierzyc, ze to juz naprawde koniec. Jeszcze lecac samolotem, czy czekajac na autobus, nie zdawalem sobie z tego sprawy. Kiedy plecak lezal w poblizu, a bilety sterczaly z kieszeni, nie czulem zblizajacego sie nieuchronnie momentu powrotu do szarej rzeczywistosci. No, ale stalo sie.

Ostatnia noc pod australijskim niebem uplynela nam spokojnie. Pomimo swiadomosci czekajacej nas podrozy przez pol swiata, spalismy jak susly. Rano standard sniadanie, ostatni prysznic, pakowanie plecakow. Pogoda obeszla sie z nami laskawie, bylo cieplo i slonecznie. Z prawdziwym zalem zatrzasnelismy za soba drzwi pokoju ostatniego z naszych licznych schronien w czasie tej pieciotygodniowej wyprawy.

Punktualnie o 10.00 (check-out time) wyruszylismy na dworzec. Na cale szczescie jest on polozony w odleglosci jednej przecznicy od schroniska, inaczej nie wiem, jak doczlapalibysmy sie tam z naszymi plecakami. Jadac przez Australie, z kazdego miejsca zabieralismy foldery i reklamowki, po czesci z racji skrzywienia zawodowego (reklama), po czesci z ochoty, by miec pamiatki z miejsc czy wydarzen, w ktorych bralismy udzial. Uzbieralo sie tego z 5 kg, do tego doszly upominki dla rodziny, znajomych, wreszcie dla nas samych. Doszlismy jednak do perfekcji w pakowaniu bagazu i ocenie jego ciezaru, bylo to przeciez istotne, przy jezdzeniu Greyhoundem/McCafferty’s, tam limit ciezaru jednej sztuki bagazu to rowniez 20 kg, jak w samolocie.

Na lotnisku, na ktore dojechalismy pociagiem z dworca Sydney Central (linia Airport McArthur, 10,40 A$/os., cztery przystanki) okazalo sie, ze moj plecak wazy 20,5 kg, Justyny 19,5 kg, miescimy sie wiec idealnie w limicie. Cale szczescie, ze przy odprawie nie waza bagazu podrecznego, w malych “samolotowych” plecaczkach upchnelismy najciezsze rzeczy.

Australijczycy okazali sie bardzo praktyczni, przy stanowisku odpraw na kazdego podrozujacego z plecakiem czekaly wielkie worki foliowe do spakowania bagazu. Wrzucajac nasze plecaki do lukow bagazowych w autobusach zawsze martwilismy sie o stan, w jakim znajdziemy je po powrocie, tu wrzucilismy je do workow, zakleilismy dolaczona tasma i po klopocie. Jeszcze tylko wypelnienie specjalnej deklaracji dla wyjezdzajacych i mozemy sie odprawiac. Przy okienku mila wiadomosc, dostajemy “window seat” miejsce przy oknie.

Pozbywszy sie bagazy, zwiedzamy jeszcze lotnisko. Nie sprawia wrazenia duzego, jest sympatycznie zagospodarowane, duzo tu sklepow i knajpek, od McDonalda po wytworne restauracje, dla kazdego cos milego. Zegnamy sie z Australia ponownie po chinsku 2 dania + makaron za jedyne (jak na lotnisko) 9,80 A$ za porcje.

Na calym lotnisku rozmieszczone sa punkty z 24 komputerami podlaczonymi do internetu, korzystanie darmowe. Czeka jednak kilku ludzi przy kazdym, szybko sprawdzamy poczte, dwa SMSy i juz trzeba leciec do samolotu, rozpoczal sie “boarding” lokowanie pasazerow.

Lecimy ponownie Boeningiem 747-400, czyli “Jumbo-Jet’em”. Olbrzymi, pietrowy samolot robi wrazenie i budzi respekt na pasie lotniska, wsrod mniejszych kumpli. Tym razem jest to chyba nieco nowszy egzemplarz, niz ten ktorym lecielismy do Australii, Jest wyposazony w “system rozrywkowy”, kazdy z pasazerow ma przed soba wlasny monitorek, zamocowany w oparciu siedzenia z przodu. Do tego pilot na kabelku, pelniacy rowniez funkcje telafonu. Przebieglosc tego systemu polega na jego elastycznosci, rownoczesnie emitowanych jest 12 filmow, 4 kanaly telewizyjne i kilkanascie radiowych oraz program z mapa i danymi dotyczacymi lotu. Mozna dowolnie wybrac sobie pozycje do ogladania. Po 2,5 godz. system startuje z calym repertuarem od poczatku, mozna przeskoczyc na inny film lub program i tak w kolko. Kiedy znudzi sie nam ogladanie, mamy jeszcze do dyspozycji 12 gier, raczej prostych, w stylu pasjansa lub Tetrisa. Nie zmienia to faktu, ze czas na pokladzie minal nam szybko.

Po 7,5 godzinach lotu docieramy do Singapuru, cofamy zegarki o 2 godz. Jest 21.30 czasu miejscowego, a na zewnatrz lotniska 34 C! Wychodzimy na chwile na taras przeznaczony dla palaczy jest tak niesamowicie goraco i duszno, ze w okamgnieniu nasze ubrania robia sie wilgotne, uciekamy z powrotem do klimatyzowanej hali. Przerwa trwa niecale 2 godziny, ponowna kontrola bagazu i znowu siedzimy w samolocie. Start sie opoznia, czekamy na pasazerow innego spoznionego samolotu, ktorzy przesiadaja sie do nas. Tym razem lot jest dluzszy 12,5 godziny. Singapur rozswietlony miliardami punktow wyglada z powietrza niesamowicie, niknie jednak blyskawicznie z zasiegu wzroku, zostawia tylko lune na horyzoncie. Jemy, co dali, ogladamy jakies filmy, w koncu zasypiamy.

Siedzialem przy oknie, obudzilem sie dokladnie na wschod slonca, przelatywalismy wtedy wg mapy lotu nad Ukraina w okolicy Charkowa. Piekny widok, chmury podswietlone od spodu przez slonce, wylaniajace sie zza krawedzi Ziemi, widzialem to po raz pierwszy. Cofamy zegarki o kolejne 6 godz. by przejsc na czas europejski i po przejsciu przez gruba warstwe chmur o 6.05 ladujemy na mokrym lotnisku we Frankfurcie pada rzesisty deszcz.

Pierwsza niepokojaca rzecz przy odprawie, niemiecki urzednik ma twarz tak skrzywiona, jakby przed chwila polknal cytryne, nie tylko zreszta on, pozostali rowniez. To zgrzyt, przez miesiac wszystkie twarze wokol nas byly radosne i usmiechniete, kontrast jest az za bardzo widoczny. Niestety, to trwa dalej, lotnisko we Frankfurcie, ktore zawsze jawilo mi sie jako cud nowoczesnosci, razi szaroscia, balaganem (!!!) i atmosfera nieukonczonej budowy. Sufity podwieszane zdemolowane, myslelismy, ze przez miesiac naszej nieobecnosci cos drgnie, gdzie tam. Gdy wyjezdzalismy, nie bylo mozliwosci skorzystania z prysznica w hali glownej, byl popsuty. To tez sie nie zmienilo, na pytanie, gdzie po dobowym locie mozna sie wykapac primadonna za biurkiem w informacji wzrusza ramionami. Bez usmiechu.

Do odjazdu autobusu mamy 8 godz., plecaki zostawiamy w skrytkach na dworcu kolejowym (bilet z lotniska na dworzec 3,15 E/os.) i wychodzimy do miasta. Kolejny szok w centrum, naprzeciw dworca jest strasznie brudno, walaja sie doslownie kupy smieci, mnostwo jest “nieswiezych” osobnikow o fizjonomiach nie zachecajacych raczej do wygloszenia tradycyjnego “How are you?”. Zaczyna nam sie tu nie podobac. Chronimy sie w knajpce, przeczekujemy pare godzin. Punktualnie podjezdza autobus, wszyscy pchaja sie do kierowcy, jakby mialo zabraknac miejsc.

Wiekszosc jadacych z nami to Polacy Niemcy, pracujacy tam lub mieszkajacy, silacy sie na “niemieckosc” do tego stopnia, ze kliku z nich do polskiego kierowcy zwraca sie po niemiecku, straszliwie kaleczac ten jezyk, wyglada to tragikomicznie. Zaciskamy zeby i postanawiamy przetrwac. Niesprawiedliwym byloby powiedziec, ze caly autobus tak wygladal, ale kilku “obcokrajowcow”, upojonych w dodatku tanim piwem dalo nam sie niezle we znaki w czasie podrozy glosnymi, chamskimi odzywkami (tym razem juz po polsku, nie starczylo pewnie umiejetnosci) i wytworzeniem takiej typowo “polskiej” atmosfery. Bylo niesamowicie ciasno, wideo popsute, system wentylacji tez nie najlepszy (poklon dla Greyhounda). Modlilem sie po cichu o koniec tej udreki.

Po 12 godzinach dotarlismy pod Poznan, skad juz odebral nas moj ojciec. Dojechalismy do domu po 6 rano i padlismy w objecia naszego synka, ktory nakazal stanowczo sie obudzic, jak tylko dojedziemy. To byla najwieksza osloda trudow podrozy, na to najbardziej czekalismy.

Weekend to spotkania ze steskniona rodzina i adaptacja do nowego czasu. I oswajanie sie z powrotem z realiami, z ktorych na miesiac wyrwal nas czarnoksieznik Oz, co chyba jest najtrudniejsze.

Ma racje Stan, ze chyba zostalismy “namagnesowani”, juz ciagnie mnie z powrotem. Dobrze zobaczyc stare katy, ale gorzej poczuc na wlasnej skorze brak tego Ozzi-luzu w naszych rodakach, zetknac sie z szara (doslownie) rzeczywistoscia.

Pozostalo miec swiadomosc, ze gdzies, o kilkanascie tysiecy kilometrow stad jest inna planeta, na ktorej wszystko postawione jest “do gory nogami” i tesknic do niej, obmyslajac, jakby tam znowu zajrzec....

To juz koniec bezposredniej relacji, nie koniec tego dziennika jednak. Wrocilem juz do pracy, z czasem pewnie bedzie krucho, ale zabieram sie do opracowania calej wyprawy, sporzadzenia statystyki, poskanowania zdjec. Zajmie to troche czasu, ale obiecuje sie strescic. Przy okazji, jak juz pisalem, na pewno umknelo mi w moich relacjach mnostwo rzeczy, prosze o sygnaly, czego w nich brakuje, jezeli bede w stanie i posiadal taka wiedze, na pewno uzupelnie dziennik. Do zobaczenia.

 

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16