Image Map
Jak można spędzić wakacje w Australii »
    Kontakt »
 
   Korespondencje
   Wyprawy »
Wyprawy i podróże po Australii - piesze przejście przez pustynie, podróż dookoła Australii motorem - więcej »
   Galeria »
South Australia
Adelaide »
Eyre Peninsula »
Flinders Rangers »
Kangaroo Island »
Coober Pedy »
Hotele w Adelaide »
Queensland
Brisbane »
Whitsundays »
Cairns »
Gold Coast »
Wielka Rafa Koralowa »
Mt Tamborine »
Fraser Island »
Hotele w Brisbane »
New South Wales
Sydney »
Bega »
Hotele w Sydney »
Victoria
Melbourne »
Great Ocean Road »
Port Fairy »
Philip Island »
Hotele w Melbourne »
Northern Territory
Kakadu »
Darwin »
Tennant Creek »
Hotele w Darwin »
Western Australia
Broom »
Perth »
Hotele w Perth »
Tasmania
Hobart »
Hotele w Hobart »
ACT
Canberra »
Hotele w Canberra »
Book Hostels Online Now

Wyprawa Radka - relacja bezposrednia


Odcinek 10 - opublikowany 29.06.2002. (wieczorem) - SMS z Port Fairy
Wyprawa Radka - relacja bezposrednia
  Wstep
> Pomysl, poczatki, wizy, bilety
> Australia, z czym to sie je?
> Zbieranie kwitow
> Jak pokonac te trase?
> Dzien wyjazdu
> A jednak kraina Oz naprawde istnieje
> Za kolkiem, z Sydney do Bega
> SMS z Port Fairy, Jedziemy dalej
> Adelaide
> Miasteczko jak Alice Springs
> SMS ze szczytu Uluru, Dziennik z Alice
> SMS znad oceanu, Z Czerwonego Centrum do tropikalnych plaz
> SMS z drogi, brzegiem Pacyfiku w dol, Rozkosze i cuda
> SMS z punktu wyjscia,
> SMS z Frankfurtu - Europa, Europa!!
SMS z Poznania - Godzina powrotu
Juz w domu
> Zakonczenie i podsumowanie
 


Wynajelismy przyczepe w Port Fairy. Dzisiaj zrobilismy cala Great Ocean (Road). Przepieknie. Do zobaczenia jutro.

Notka informacyjna o Port Fairy (nie byla czescia tego SMS-u):

Port Fairy to maly port rybacki, polozony przy Princes Highway, na jednym z koncow odcinka wybrzeza zwanego Wybrzezem Wrakow. Ma 2500 mieszkancow. W 1835 roku osiedlili sie tu pierwsi Europejczycy, a bylo to jedno z pierwszych europejskich osiedli w stanie Victoria. Poczatkowo byl to port wielorybnikow.

Do dzis miasteczko moze poszczycic sie niemala flota rybacka (ale nie wielorybnicza, bo Australia odstapila od tego procederu), oraz piecdziesiecioma zabytkowymi budynkami.

Port Fairy jest nadmorska miejscowoscia wypoczynkowa. Istnieja tu swietne warunki dla wedkarzy i zeglarzy. Pobliski Park Narodowy Mt. Eccles to teren polecany do wedrowek pieszych i samochodowych.

W Port Fairy jest 5 moteli i 4 pola z przyczepami kempingowymi do wynajecia (caravan parks).

Odcinek 11 - opublikowany 01.07.2002. - Jedziemy dalej

27.06.2002

Nam rzeczwiscie  mrozy okazaly sie niestraszne. Pod koldra i dwoma kocami dalo sie pospac - juz normalnie, bez zrywania sie o 4 rano - chyba juz sie przestawilismy.

Natomiast nasz dziadek-gospodarz nie mogl nadziwic sie widokiem za oknem. Wszystko bylo pokryte szronem, ponoc pierwszy raz od 5 lat, od kiedy pracuje w tym schonisku. A w Canberra podobno spadl snieg! Po sniadaniu oskrobalem szyby Toyoty i pojechalismy zwiedzic slynna fabryke sera w Bega. Bardzo fajnie to wszystko zrganizowane - przy fabryce spory budynek z muzeum, barkiem kawowym, stolem do degustacji kilkunastu rodzajow sera, sklepem z pamiatkami. Obok wielgasna osmionoga krowa, symbolizujaca pewnie ogrom mleka przerabianego w fabryce i miejsce do zrobienia fotografii - takie z dziurami na twarze. Oczywiscie wykorzystalismy wszystkie mozliwosci, lacznie z zakupem krowy z magnesem, takiej do przyklejenia na lodowke (3,50 A$).

Jadac dalej Princes Highway przed miejscowoscia Merimbulla natknelismy sie przy drodze na tablice z napisem "Yellow Pinch Wildlife Park". Wiedzeni ciekawoscia zajechalismy tam i .... zostalismy na prawie 5 godzin. Strzal w dziesiatke! To bylo nasze pierwsze spotkanie z australjska fauna. Prywatny park, prowadzony przez sympatyczne malzenstwo z corka na calkiem niewielkim terenie oferuje spotkania z kangurami, krokodylami, emu, misiami koala, wombatami, psami dingo, papugami, wezami i waranami. Uff, chyba niczego nie ominalem. Za 9,50 A$ od osoby mozna z bliska obserwowac te wszystkie stwory, karmic je z reki (karma 0,50 A$) i sluchac objasnien gospodarza. Gosc, idealnie odpowiadajacy moim wyobrazeniom o prawdziwym Australijczyku - ogorzaly, opalony, w skorzanych butach za kostke i koszuli khaki - zakochany w zwierzetach, barwnie i ciekawie przedstawial swoich podopiecznych. Skaczace wszedzie kangury o delikatnych pyszczkach smialo siegaly po karme, waz owinal mi sie wokol ramienia i nie chcial puscic. Moglismy tez pobawic sie z dingo - bialym i rudym, oraz ich szczeniaczkami, malymi i slodkimi. Trudno sobie wyobrazic, ze w rzeczywistosci to grozne drapiezniki. Gwozdziem programu byla jednak zabawa z koala. Trzy misie siedzace na eukaliptusie wcale nie byly takie niemrawe jak widac na filmach przyrodniczych, najmlodszy nawet przeskakiwal z pnia na pien. Mozna bylo je poglaskac - maja niesamowicie miekkie i geste, skudlone futro. Ponoc rzadko sie zdarza, ze mozna dotykac koala, przewaznie tylko zerkac na te przemile stworki przez ogrodzenie. "You're lucky" - szepnela nam starsza Australijka, razem z nami zwiedzajaca park - "niewielu ludzi moze sie tym pochwalic."

Park w niczym nie przypominal zoo, zwierzaki swobodnie biegaly p duzych zagrodach, kangury skakaly po calym terenie, wygladalo to sielsko. W dodatku zza chmur wyszlo slonce, zrobilo sie znowu cieplo.

 W Merinbulla zatankowalismy paliwo (0,98 A$/l), kupilismy filmy do aparatu (10, 5 A$ za rolke 36 Kodaka, film do slajdow) bo juz trzy "poszly", troche jedzenia (w tym marynowane zeberka, sadzilismy, ze sa gotowe do zjedzenia, tymczasem okazaly sie surowe) i dalej w droge. Nieplanowane godziny w parku ze zwierzetami nie pozwolily nam dzisiaj dotrzec do Melbourne. Przekroczylismy granice stanu Victoria ("The place to be" - takie napisy sa na tablicach rejestracyjnych) i pojechalismy zerknac na piekne Mallacoota Inlet w Croajingolong National Park. Tu w ogole co kawalek pojawiaja sie kolejne parki narodowe, jest ich mnostwo. Jednak gdybysmy chcieli zobaczyc je wszystkie, to chyba zycia by nie starczylo. Zjedlismy lunch na trawie sycac oczy widokiem pieknego zalewu, oddzielonego od oceanu waska mierzeja. Smakowalo jak nigdy! Powoli dzien dobiegal konca (zmrok zapada ok. 17, jest przeciez zima), pozostalo nam wsiasc do auta i pokulac sie dalej. Dojechalismy do Lakes Entrance i w tzw. Caravan Park wynajelismy maly domek, cabin, za 25 A$. Zaskakujaco dobre warunki, sterylnie czysta chatka w pelni wyposazona w sprzet kuchenny, szesc lozek, stol i krzesla. Rewelacja - i to w takiej cenie. W recepcji wlasciciel pola podal nam kilka propozycji - od tej wlasnie najtanszej do super wyposazonego apartamentu z widokiem na ocean. Wreczyl nam do wszystkich klucze, zebysmy mogli je obejrzec. Nie chcial zadnych dokumentow, kaucji, po prostu mamy jeden zajac i rano zaplacic, reszte kluczy oddac. Niesamowite.

Nasunela mi sie pewna refleksja na temat tutejszych obyczajow. Dawno temu, jeszcze w podstawowce, dostalem w ramach jakiejs nagrody ksiazke pt. "Raport z planety SOL3", opowiadajaca o wizycie na Ziemi przybyszow z planety Wega, blizniaczo podobnej do naszej. Tylko ze tam, na planecie Wega nie byly znane zadne z przywar trapiacych Ziemian - nie bylo tam wojen, przemocy, zlodziejstwa i oszustw, kazdemu mozna bylo zaufac. Przyjezdzajac do Australii tak sie poczulem, jak gdybym wyladowal na planecie Wega. Tu nikogo z gory nie podejrzewa sie o zle zamiary, obcy przyjowani sa bez zadnych oporow, nikt nie boi sie, ze go okradniemy. W schronisku w Bega sympatyczny staruszek wszystko zostawial pootwierane, lacznie z kasa, tu w Lakes Entrance facet zaklada z gory, ze go nie oszukamy. To jest takie mile i cieple, daje wiare w ludzi. Zobaczymy jak bedzie dalej, na razie Australia to taka moja Wega.

W cabin byl piecyk z rusztem, Justyna zrobla na kolacje te wlasnie marynowane zeberka, popilismy goraca herbatka - bylo zimno - i spac. Dalo sie przezyc, mimo niskiej temperatury. Rano szok - okazuje sie, ze nasza cabin jest slicznie polozona prawie na brzegu oceanu! W nocy slyszelsmy tylko szum, nie spodziewalismy sie takiego widoku. Znowu naswietlilo sie pare klatek...

28.06.2002

Jestesmy w Melbourne. Pogoda sie popsula, pada. Dojechalismy bez problemu, schody zaczely sie w centrum. Panowal wielki ruch, ze spokojnej turystycznej Princes Hwy dostalismy sie do olbrzymiego miasta ze sznurami samochodow, korkami i wielopasmowymi ulicami. No i wiecie, ten ruch w innym kierunku. W city postanowilismy zaparkowac i dalej poruszac sie pieszo. Przy kraweznikach nie bylo wolnych miejsc, wjechalismy na parking wielopoziomowy. Gdybym wiedzial, co sie z tym wiaze...

Z definicji nie bylismy nastawieni na zwiedzanie miasta, szkoda (naszy zdaniem) czasu. W jeden dzien za duzo sie nie zobaczy, a zreszta miasto to miasto. Jednak udalo nam sie obejrzec Melbourne, az po przedmiescia. Po prostu wjechalismy na punkt widokowy na 50 pietrze Rialto Towers - najwyzszego budynku w tym miescie (10,50 A$/os.). Panorama zaparla dech w piersiach - po horyzont domy, domy, domy. Z drugiej strony zatoka Port Phillip. Rozlegle tak, jak zadne chyba europejskie miasto. W samym city, zwanym takze CBD (central business district) wysokie budynki, drapacze chmur, dalej niska, co najwyzej jednopietrowa zabudowa, charakterystyczna chyba dla wszystkich miast australijskich. Szkoda, ze pogoda nie dopisala, w pelnym sloncu wrazenia estetyczne na pewno bylyby spotegowane. Zjechalismy na dol, obowiazkowy magnes na lodowke (4,00 A$), powloczylismy sie po centrum i Chinatown, zrobilo sie juz ciemno. Znowu dostalismy dowod na australjskie przyjazne nastawienie, widzac nas z przewodnikiem w reku ludzie sami podchodzili i pytali sie, czy pomoc, czy wskazac droge. Przyjemnie poczuc sie pozadanym gosciem.

Poszlismy po samochod i kolejny szok, nieprzyjemny tym razem, przy kasie. Za 3,5 godz. parkowania zaplacilismy 28 A$! Myslalem, ze sie w d... ugryze ze zlosci. Wiecej, niz za noc w cabin, zdzierstwo. Strasznie zli wyjechalismy z miasta, troche udobruchal nas widok nocnej panoramy Melbourne z mostu Victorii - bajka.

Uwaga na temat komunikacji w Melbourne. Siec glownych, przelotowych autostrad w centrum zostala spieta w tzw. City Link. Pozwala on blyskawicznie przemieszczac sie pomiedzy dzielnicami. Jednak nic za darmo - mieszkancy i bywalcy miasta posiadaja wykupione transpondery, dzieki ktorym ich auto jest identyfikowane przez system. Turysci i inni bez transponderow zobowiazani sa wykupic specjalny karnet. Auto wjezdzajace na City Link jest fotografowane i sprawdzane przez system. Jezeli do dnia nastepnego po pojawieniu sie w zasiegu systemu nie zostanie uiszczona oplata, wlepiany jest ticket - czyli mandat. Rownoczesnie nie jest ten system jakos specjalnie oznakowany, pojawiaja sie tylko tablice z napisem "Wjezdzasz na City Link" i tyle. Uprzedzony telefonicznie przez Stana o tej pulapce przed wjazdem do Melbourne na stacji Shella, w specjalnym automacie wykupilem karnet na 24 godz. podajac nr rejestracyjny auta (8,80 A$). Automat nie przyjmuje gotowki, tylko karty kredytowe.

Po godzinie jazdy nasza zaprzyjazniona Princes Hwy przed nami pojawilo sie Geelong, przemyslowe miasto nad zatoka Port Phillip. Znalezlismy tam, wspomagani wskazowkami tubylcow, kawiarenke internetowa. Szybkie sprawdzenie poczty, nie bylo niestety mozliwosci posiedziec dluzej, bo wychodzilo dosyc kosztownie. Za godzine oplata wynosila 8,40 A$, co przy 3 A$ za nieograniczony czas przy komputerze w Sydney jawilo sie malo atrakcyjnie. Bylo juz pozno, ok. 22, ujechalismy znowu kawalek, do Anglesea i, nie chcac juz sie blakac w poszukiwaniu noclegu, postanowilismy spedzic te noc w samochodzie. Podjechalismy na parking na wysokim klifie nad oceanem i kolysani (wraz z calym autem) silnym wiatrem uderzylismy w kimonko. Calkiem fajnie, wreszcie cieplo dzieki wlaczonemu silnikowi (wiem, nieekologicznie, wybacz Australio) spedzilismy te noc. Nastepny dzien to mialo byc swieto dla oczu - Great Ocean Road.

29.06.2002

Great Ocean Road is really GREAT!!! Czegos tak pieknego jeszcze nie widzialem. Powtarzam to za kazdym zobaczonym w Australii cudem, ale ta droga, wijaca sie brzegiem ocaeanu, praktycznie niemal wjezdzajaca na plaze jest po prostu cudowna. Widoki troche przypominajace chorwackie wybrzeze Adriatyku, tylko ze w skali maxi. Po lewej szmaragdowo-turkusowy ocean, po prawej skalne zbocza gor. Droga wybudowana zostala przez australijskich zolnierzy, ktorzy powrocili do domu po pierwszej wojnie swiatowej, takze dla upamietnienia ich udzialu w tej wojnie, daleko w Europie. Kilkadziesiat tysiecy ludzi, lopatami i kilofami wybudowalo wspaniala droge, dzieki nim teraz takie zuczki jak my mozemy podziwiac, w co natura wyposazyla Australie. Droga zaczyna sie w Anglesea (zrodla podaja tez Torquay, kilka km przed Anglesea) i wiedzie brzegiem oceanu przez Lorne i Apollo Bay - piekne, malownicze miasteczko, w ktorym obserwowalismy surferow, mimo zimna jezdzacych po falach. Odbija od oceanu w glab ladu na wysokosci Cape Otway, z parkiem narodowym o tej samej nazwie. Nie ma sensu opisywac piekna tej drogi, swoim szorstkim jezykiem nie oddam nawet 1/1000 urody tego fenomenu. To trzeba po prostu zobaczyc. Aparat rozgrzal sie do czerwonosci, kolejne naswietlone rolki ladowaly w plecaku.

W Cape Otway National Park odwiedzilismy lasy deszczowe z ogromnymi drzewami wysokosci kilkunastu pieter i paprociami, wsrod ktorych czulismy sie jak Zwirek i Muchomorek w swoim lesie. Wielkie jak palmy, o postrzepionych lisciach, zlewaly sie jakby w dzungle z innymi roslinami, tak gestymi, ze caly las spowity byl w polmroku, pomimo bezchmurnego nieba. Przechadzka wytyczonym szlakiem trwala pol godziny, wrazenia niesamowite. Stamtad droga odbijajaca od Great Ocean Road ku oceanowi dojechalismy do latarni morskiej na Cape Otway. Odrestaurowana i wciaz czynna latarnia polozona jest na samym cyplu, w jej poblizu na rozleglym terenie (wstep 8 A$/os.) ulokowanych jest kilka innych atrakcji, m.in. bunkier radiolokacyjny z czasow dugiej wojny swiatowej czy autentyczny domek latarnika z polowy XIX w. Teren bardzo wypielegnowany, mozna go podziwiac z gory, z galeryjki na latarni, na ktora oczywiscie sie skwapliwie wdrapalismy.

Za Cape Otway wrocilismy na Great Ocean Road, by podziwiac nastepne atrakcje - niezwykle formacje skalne na klifowym wybrzezu. Ulokowane sa po kolei, w niewielkiej odleglosci od siebie, wymagalo to jednak ciaglego podjezdzania i wysiadania z auta. Przy kazdej z atrakcji ulokowane sa parkingi, doskonale oznaczono dojscie do punktow widokwych. Zaczyna sie od Schodow Gibsona (nie wiem skad nazwa, nie dopatrzylem sie tam zadnych stopni, musze zerknac do przewodnika, co madrego jest tam wypisane), pozniej najbardziej chyba znana formacja - ale naszym zdaniem nie najbardziej atrakcyjna - Dwunastu Apostolow. Obecnie widac ich tylko siedmiu, czy moze siedem, skal sterczacych z oceanu przy pionowym klifie. Mnostwo turystow roznych narodowosci i ras, kazdy z aparatem czy kamera (my tez!), utrwalajacych wrazenia. Zdjecia czy filmy nie oddadza na pewno calego uroku tych miejsc, ale patrzac pozniej na nie bedzie mozna uruchomic wyobraznie i przywolac te widoki.

Dalej w kolejnosci odwiedzilismy jeszcze Loch Ard Gorge - ktory zrobil na nas najwieksze wrazenie, niesamowite formacje szarpane wrecz przez ocean, zatoki o pionowych scianach, luki skalne pod ktorymi przelewa sie ocean - pozniej The Blowhole, jak gdyby jezioro otoczone pionowymi skalami, oddalone od oceanu o kilkaset metrow, polaczone z nim jednak podziemnym tunelem, przez ktory w rytm fal wtlaczana jest woda pod wielkim cisnieniem i z niemniejszym hukiem. Na deser pozostal nam oslawiony London Bridge, a raczej to, co z niego pozostalo. Ten potezny luk skalny zawalil sie w 1990 r. wieziac na skale dwoch turystow, ktorych pozniej sciagano za pomoca helikoptera (wiem to z przewodnika). Wspanialy widok, przeogromne skaly oswietlone zachodzacym sloncem (tak, tak, na Great Ocean Road spedzilismy caly dzien, nie myslac nawet o jedzeniu czy innych potrzebach). Udalo nam sie nawet z oddali, przez teleobiektyw dojrzec pingwiny na skale, przy wiekszym szczesciu mozna obejrzec ich parade na plazy. Uzywajac analogii europejskich, wybrzeze pomiedzy Cape Otway a Peterborough przypomina portugalskie Algarve, ale znowu skala jest inna. Skaly australskie sa o niebo wieksze.

Spac, to jedyne co nam tego wieczora przychodzilo do glowy. Jako ze nastepnego dnia mielismy zajechac do Adelaidy do Stana, naszego wirtualnego gospodarza, nie bylo mowy o spaniu w samochodzie, trzeba sie bylo "odrzepic" i doprowadzic do stanu jakiej takiej uzywalnosci. Jadac dalej Princes Hwy minelismy Warnambool i w miasteczku Port Fairy zajechalismy do Caravan Parku przy drodze. Kolejny celny strzal. Bardzo mila pani w recepcji dala nam klucze do kilku roznej klasy pomieszczen - od przyczepy po luksusowy domek - po raz kolejny ta sama sytuacja. Wybralismy najtansza opcje - przyczepe kampingowa za 37 A$. Swietna sprawa, takze pelne wyposazenie, dodatkowo otrzymalismy dmuchawe na cieple powietrze i koce. Kolacja (zupki z kubka i chleb z dzemem) i spac, jutro przed nami 600 km drogi do Adelaidy. Dobranoc.

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16